Odreagowałam parę dni, a dzisiaj poczułam się na siłach, aby opowiedzieć Wam moje wrażenia po niedzielnym biegu na drugim w historii JJ Running Festival – biegu kobiet dla kobiet. Jednym Z przekazów JJ Running Festiwal jest propagowanie zdrowego, sportowego stylu życia kobiet. Sport to najlepsze lekarstwo na zaburzenia odżywiania – z którymi tak często borykają się zarówno młode dziewczyny, jak i dojrzałe kobiety.
Zapewniam Was na własnym przykładzie – żadna „cud dieta”
cudu nie poczyni, tym cudem jest sport i ruch! A najłatwiejszą, bo najbardziej
dostępną formą ruchu dla każdego jest właśnie bieganie. Endorfiny, dobry humor,
elastyczność, sprawność fizyczna i umysłowa – to są cudeńka sportu.
Ja swoją przygodę z bieganiem rozpoczęłam niedawno, bo
dopiero jakieś 2 miesiące temu. Wcześnie, pod koniec listopada zapisałam się na
zajęcia fitness, na które regularnie chodziłam około 3 razy w tygodniu. Teraz
doszło bieganie – ot, taka naturalna ewolucja. ;)
Tak mi się spodobał ten sport, że postanowiłam spróbować
swoich sil w biegu na 10, 5 km. Udało mi się – dobiegłam do mety, który to fakt
sam w sobie uważam za osiągnięcie. ;)
![]() |
| Tu jeszcze przed startem – wesoło prężyłam udka w błogiej nieświadomości tego, co mnie czeka… |
Popełniłam parę błędów, a największym z nich był brak
porządnej rozgrzewki. Poniosłam się fali towarzyskich pogaduszek, zamiast
zakasać biegowe kalesony i przebiec z kilometr – ot, będę miała nauczkę na
następny raz, a kolejny bieg już za półtora tygodnia.
![]() |
| Przed startem przy skrzynkach z bananami. :) |
Rozgrzewka jest super ważna, mam nadzieję, że będę o tym już
zawsze pamiętać.
Przez ten brak rozgrzewki miałam kryzys tak w okolicach
trzeciego, czwartego kilometra – poczułam ogarniającą mnie słabość, zwolniłam,
jakieś zimne poty zaczęły mnie oblewać… ;)
Ale zagryzłam zęby i parłam na przód. Wiedziałam, że nie
mogę zatrzymać się, bo już nie ruszę. ;D
Biegłyśmy krętymi uliczkami starego miasta Bolonii, było
dużo bruku pod górkę, obok przejeżdżały samochody, spacerowali ludzie… A my
biegłyśmy w naszych różowych koszulkach. :)
Pod koniec biegu nabrałam rytmu i fotografujący mnie z
różnych miejsc mąż (do których docierał oczywiście sobie znanymi skrótami)
stwierdził, że pod koniec miałam o wiele więcej wigoru, niż w tym krytycznym 3
kilometrze.
No dobra, dobra – ROZGRZEWKA! Nigdy więcej bez! I muszę to sobie wytatuować
chyba. ;)
Dziękuję za kciuki dziewczyny i proszę o kolejne! :)
A niebawem na blogu więcej wpisów o inszej tematyce, bo nie
samym bieganiem człowiek żyje. Do następnego!


