Pokazywanie postów oznaczonych etykietą JJ Running Festival 2013. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą JJ Running Festival 2013. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 maja 2013

Wrażenia po JJ Running Festival


Odreagowałam parę dni, a dzisiaj poczułam się na siłach, aby opowiedzieć Wam moje wrażenia po niedzielnym biegu na drugim w historii JJ Running Festival – biegu kobiet dla kobiet. Jednym Z przekazów JJ Running Festiwal jest propagowanie zdrowego, sportowego stylu życia kobiet. Sport to najlepsze lekarstwo na zaburzenia odżywiania – z którymi tak często borykają się zarówno młode dziewczyny, jak i dojrzałe kobiety.


Zapewniam Was na własnym przykładzie – żadna „cud dieta” cudu nie poczyni, tym cudem jest sport i ruch! A najłatwiejszą, bo najbardziej dostępną formą ruchu dla każdego jest właśnie bieganie. Endorfiny, dobry humor, elastyczność, sprawność fizyczna i umysłowa – to są cudeńka sportu.

Ja swoją przygodę z bieganiem rozpoczęłam niedawno, bo dopiero jakieś 2 miesiące temu. Wcześnie, pod koniec listopada zapisałam się na zajęcia fitness, na które regularnie chodziłam około 3 razy w tygodniu. Teraz doszło bieganie – ot, taka naturalna ewolucja. ;)

Tak mi się spodobał ten sport, że postanowiłam spróbować swoich sil w biegu na 10, 5 km. Udało mi się – dobiegłam do mety, który to fakt sam w sobie uważam za osiągnięcie. ;) 

Tu jeszcze przed startem – wesoło prężyłam udka w błogiej nieświadomości tego, co mnie czeka…

Popełniłam parę błędów, a największym z nich był brak porządnej rozgrzewki. Poniosłam się fali towarzyskich pogaduszek, zamiast zakasać biegowe kalesony i przebiec z kilometr – ot, będę miała nauczkę na następny raz, a kolejny bieg już za półtora tygodnia. 

Przed startem przy skrzynkach z bananami. :)

Rozgrzewka jest super ważna, mam nadzieję, że będę o tym już zawsze pamiętać.
Przez ten brak rozgrzewki miałam kryzys tak w okolicach trzeciego, czwartego kilometra – poczułam ogarniającą mnie słabość, zwolniłam, jakieś zimne poty zaczęły mnie oblewać… ;)


Ale zagryzłam zęby i parłam na przód. Wiedziałam, że nie mogę zatrzymać się, bo już nie ruszę. ;D
Biegłyśmy krętymi uliczkami starego miasta Bolonii, było dużo bruku pod górkę, obok przejeżdżały samochody, spacerowali ludzie… A my biegłyśmy w naszych różowych koszulkach. :)
Pod koniec biegu nabrałam rytmu i fotografujący mnie z różnych miejsc mąż (do których docierał oczywiście sobie znanymi skrótami) stwierdził, że pod koniec miałam o wiele więcej wigoru, niż w tym krytycznym 3 kilometrze. 
No dobra, dobra – ROZGRZEWKA! Nigdy więcej bez! I muszę to sobie wytatuować chyba. ;)

Dziękuję za kciuki dziewczyny i proszę o kolejne! :)
A niebawem na blogu więcej wpisów o inszej tematyce, bo nie samym bieganiem człowiek żyje. Do następnego!