Pokazywanie postów oznaczonych etykietą deszcz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą deszcz. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 kwietnia 2013

Deszcze, śniegi, parasolki i bransoletki



Padał deszczyk dzisiaj u mnie. Co prawda mocniej rano, potem się uspokoił, a wręcz przestał (chuligan jeden), ale szarość pozostała. W tej szarości akcentami kolorystycznymi były przede wszystkim barwne parasole. Praktycznie każdy miał swój parasol. Czy to pieszy, czy rowerzysta. Włosi nie lubią moknąć w deszczu, oj nie… że już nie wspomnę nawet co się dzieje, gdy spadnie śnieg. Paraliż – to dość delikatne słowo. Włosi chyba popadliby w ogólnokrajową depresję gdyby przydarzyła się tu taka śnieżna, długa zima jak ta tego roku w Polsce. 

Chyba do końca życia nie zapomnę pewnego marca, parę lat temu, gdy znienacka spadł śnieg, ja byłam wtedy w Bolonii, w szkole, do której dojeżdżałam pociągiem. Będąc na zajęciach wszyscy nagle z ożywieniem zaczęli rozmawiać o wielkich płatkach śniegu spadających za oknem, które to spadać nie ustawał, i nie ustawały… Pamiętam, że parę osób stwierdziło, że zabiera manatki i wraca czym prędzej do domu i urwało się z zajęć. Myślałam wtedy: „Poszaleli? Przecież to tylko śnieg pada…” Po skończonych zajęciach udałam się na stację, wsiadłam do swojego pociągu i czekam na odjazd. Śnieg dalej pada, ale co z tego, śnieg jak śnieg, żaden mi tam cud. I nagle słyszę z głośników pociągu komunikat: „Pociąg odwołany”. Wraz z innymi pasażerami zaczęliśmy oczekiwać więc kolejnego. Ten też odwołali. A po nim dwa następne. Śnieg padał jak szalony w swoim wściekłym tańcu.

Historia zakończyła się tak, że o północy, przez zaspy śnieżne się dzielnie przedzierając, niczym jaki rycerz na czarnym rumaku, przyjechał po mnie mój obecny mąż. ;) Pociągi ruszyły dopiero na następny dzień rano…

Ot, na wspominki mnie wzięło. Ale tak sobie dedukuję logicznie, że w tym roku Włosi na suszę letnią chyba nie będą narzekać, bo tyle deszczu, co tego roku dawno tu nie spadło. Od dwóch miesięcy non stop pada – ot, z małymi przerwami na złapanie oddechu. To jest: słońca.
I jak tak dziś patrzyłam na te parasolki kolorowe to się cieszyłam, że one nie są czarne, ani jakieś szarobure, a właśnie takie optymistycznie koloraśne. 



A Wy w jakim kolorze macie parasolkę? Ja mam żółtą – fajnie zmienia fragment świata pod nią, na cieplejszy kolor. Ot, takie sztuczne słońce nade mną. Chcę sobie też kupić taką we wszystkich kolorach tęczy.

I na koniec chciałabym się pochwalić (ni z gruszki, ni z pietruszki) szydełkowymi bransoletkami mojej mamy. Świetne są. Mięciutkie. Mogę je nosić cały dzień i nic mnie nie uwiera (jakaś delikatna się zrobiłam biżuteryjnie na stare lata). Dzisiaj założyłam trzy zielone oczywiście. Na ten deszcz, co by wypłoszyć dziada. Śmieję się sama z siebie, gdy patrzę na to zdjęcie – nie wiedziałam już jak tę ręczynę wygiąć, żeby je było widać. Koniec końców wygląda to tak, jakbym boksa komuś chciała przyłożyć. Ale bransoletki widać? Widać! I to się liczy. ;-)